O skali bólu
: 21 maja 2009, 12:56
Witajcie,
To co napiszę może niektórym wydać się trochę kontrowersyjne, ale proszę zastanówcie się nad tym ... Żeby było łatwiej czytając moje "wypociny" weźcie przed oczy to: http://klasterowy.pl/skala-bolu
Czytając niektóre posty mam wrażenie, że niektórzy traktują ból w skali zero-jedynkowej - czyli albo boli albo nie boli. A chyba po to ta skala powstała aby ból "skalować".
Jak czytałem opis (nie pamiętam czyj), że ktoś przez pół roku miał 3-4 dwugodzinne ataki dziennie w skali 10 i niczym tego nie "zbijał" to zwyczajnie nie wierze... Ta skala wg. mnie to taka zupełnie liniowa nie jest: 100x bardziej wolał bym mieś 100godzin 1-ki, niż godzinę 10-ki.
Ja przez kilkanaście lat, jak oceniam, miałem 2 razy 10-kę (wg definicji: b. poważne myśli o samobójstwie). Nie wyobrażam sobie kilkusetgodzinnego bólu w skali 10, skłaniającego mnie do zamachu na siebie, bez skutku: albo ... zamachu albo postradania zmysłów.
Tak sobie myślę, że np. kilka ataków 8-ki po kilku dniach we wspomnieniach przeradza się w 10-ki. No i nasza narodowa przypadłość: "Co ja nie miałem 10-ki?"
Nie chodzi mi tu o to aby się licytować kogo bardziej boli. Każdy inaczej to odbiera... Idzie mi o to to aby nie nadużywać w opisach 10-tek, bo czytając sam opis czuję się źle (tj. najgorsze wspomnienia wracają).
Wg mnie:
0 - w skali bardzo łatwo ocenić - po prostu nie boli.
1-5 wydają mi się subiektywne
6 - łatwo, to wtedy kiedy budzi nas ból
7 - łatwo, to wtedy kiedy nie da się już leżeć
8-10 - podobnie jak 1-5 zależy od oceny zainteresowanego (tak naprawdę wcale niezainteresowanego - samo przyszło
)
I właśnie o to mi chodzi, mam wrażenie, że to co powyżej 7 jest często określane jako 10.
Jak pisałem: oceniam, ze 2x miałem 10 i ... chyba nie jestem pewien czy będzie mi dane napisać o 3 razie - nie wiadomo jak to by się skończyło - chyba zależy jak długo by ta 10 miała trwać...
To co napiszę może niektórym wydać się trochę kontrowersyjne, ale proszę zastanówcie się nad tym ... Żeby było łatwiej czytając moje "wypociny" weźcie przed oczy to: http://klasterowy.pl/skala-bolu
Czytając niektóre posty mam wrażenie, że niektórzy traktują ból w skali zero-jedynkowej - czyli albo boli albo nie boli. A chyba po to ta skala powstała aby ból "skalować".
Jak czytałem opis (nie pamiętam czyj), że ktoś przez pół roku miał 3-4 dwugodzinne ataki dziennie w skali 10 i niczym tego nie "zbijał" to zwyczajnie nie wierze... Ta skala wg. mnie to taka zupełnie liniowa nie jest: 100x bardziej wolał bym mieś 100godzin 1-ki, niż godzinę 10-ki.
Ja przez kilkanaście lat, jak oceniam, miałem 2 razy 10-kę (wg definicji: b. poważne myśli o samobójstwie). Nie wyobrażam sobie kilkusetgodzinnego bólu w skali 10, skłaniającego mnie do zamachu na siebie, bez skutku: albo ... zamachu albo postradania zmysłów.
Tak sobie myślę, że np. kilka ataków 8-ki po kilku dniach we wspomnieniach przeradza się w 10-ki. No i nasza narodowa przypadłość: "Co ja nie miałem 10-ki?"
Nie chodzi mi tu o to aby się licytować kogo bardziej boli. Każdy inaczej to odbiera... Idzie mi o to to aby nie nadużywać w opisach 10-tek, bo czytając sam opis czuję się źle (tj. najgorsze wspomnienia wracają).
Wg mnie:
0 - w skali bardzo łatwo ocenić - po prostu nie boli.
1-5 wydają mi się subiektywne
6 - łatwo, to wtedy kiedy budzi nas ból
7 - łatwo, to wtedy kiedy nie da się już leżeć
8-10 - podobnie jak 1-5 zależy od oceny zainteresowanego (tak naprawdę wcale niezainteresowanego - samo przyszło
I właśnie o to mi chodzi, mam wrażenie, że to co powyżej 7 jest często określane jako 10.
Jak pisałem: oceniam, ze 2x miałem 10 i ... chyba nie jestem pewien czy będzie mi dane napisać o 3 razie - nie wiadomo jak to by się skończyło - chyba zależy jak długo by ta 10 miała trwać...